i znow spojrzalem na zachodzace slonce, na wierzcholki drzew, slupy sieci elektrycznej, geste chmury ponad nimi. to wszystko musi miec jakis sens. cykl przyrody, gdyby ustal nie byloby nic, nic by nie zostalo, zycie na naszej planecie przestaloby istniec. wiec jesli w cyklu przyrody, w zachowaniu gatunkow, w rozmnazaniu sie mrowek, owadow, bakterii, najmniejszych niewidzialnych golym okiem istot zachowany jest cel - przetrwanie, cel istnienia, to istnieje sens tego wszystkiego sam w sobie - w istnieniu tego fenomenu. Coz takiego robi mucha pozatym ze poprostu jest? przeciez zyje poprostu bardzo krotko, a motyl?
W krotklim przeblysku istnienia much, owadow, przejawia sie wielki makrokosmos sensu. Gdzies tam bardzo daleko [a wierze w to] istnieje milion innych, badz podobnych przeblyskow. Wszechswiat rozkurcza sie jak wielka bulka drozdzowa w piekarniku.
Dzieje sie samo w sobie.
W mrugajacych gwiazdach na niebie tyle ukojenia, ten subtelny szept kosmosu w lipcowe noce.
piątek, czerwiec 09, 2006
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz